Poczucie wartości a kopytka.

Poczucia wartości nie da się kupić. Nie da się go nabyć w żadnym sklepie, za żadne pieniądze. Poczucie wartości to jest to, jak my siebie postrzegamy od środka.

Poczucie wartości u dzieci jest bardzo delikatne, buduje się ono przez cały okres dziecięctwa. Z jednej strony dzieci rodzą się jako pełnowartościowe istoty i mają tego świadomość. Z drugiej strony nieustannie przeglądają się w oczach dorosłych, na których opinii im najbardziej zależy- czyli tych najbliższych opiekunów i w ten sposób potwierdzają (bądź nie) to czy i na ile są ważne.

Zdarza mi się często cytować moją ulubioną psycholożkę Katarzynę Miller. To ona powiedziała, że ludzie mają w zasadzie tylko dwa problemy w życiu „problem z mamą i problem z tatą”. Długo nie rozumiałam, o co w tym tak naprawdę chodzi. Ostatnio jednak jakby lepiej zaczynam rozumieć te słowa.

Człowiek, który wyposażony jest w tzw. zdrowe poczucie wartości nie ma problemów. Tzn. ma je, ale potrafi je rozwiązywać i wie, że nic nie jest tak ważne jak on sam i jego samopoczucie. Dzięki temu potrafi dokonywać w życiu wyborów, które korzystnie wpływają na jego samopoczucie. Umie się życiem cieszyć, mówiąc krótko. I umie przechodzić przez trudne momenty, które nie cieszą. Ale wiadomo, że są przejściowe.

Napisałam tak zwane zdrowe poczucie wartości. Jednak czy istnieje coś takiego jak chore poczucie wartości? Ten termin bywa chyba mylony z innymi zjawiskami, takimi jak zadufanie w sobie czy też fałszywy obraz siebie. Poczucie wartości jest zawsze zdrowe. W przeciwnym razie nie jest poczuciem wartości, tylko jakimś jego sztucznym substytutem.

Prowadząc procesy coachingowe prędzej czy później zazwyczaj dochodzę z moimi klientami do tematu poczucia wartości. Coaching w dużej mierze opiera się właśnie na wartościach klienta. Na tym, co dla klienta w danym obszarze ważne. Kiedy pracujemy w temacie dzieci i relacji dorosłych z dziećmi okazuje się najczęściej, że Ci dorośli nie mają dobrych relacji ze swoimi rodzicami. Mają wszystko inne (rodziny, pieniądze, satysfakcjonującą pracę, zdrowie, kondycję, przyjaciół itd.), co na pozór mogłoby się wydawać, że da im szczęście, spełnienie czy co jeszcze kto rozumie przez poczucie wartości. Ale zazwyczaj mówią wtedy:

„Ja nigdy nie byłem ważny dla moich rodziców, zawsze coś było nie tak.”

„Moi rodzice zawsze byli ze mnie niezadowoleni, zawsze było za mało albo za dużo albo nie tak, jak oni by chcieli”.

„Nie mam dobrych relacji z moimi rodzicami, dzwonię do nich raz na jakiś czas, ale to tylko z obowiązku. Oni nigdy się mną naprawdę nie interesowali.”

To wszystko wypowiedzi dorosłych osób. Które teraz borykają się z relacjami ze swoimi dziećmi. I często odbijają się, jak od ściany, kiedy słyszą od swoich dzieci, albo raczej od osób pracujących z ich dziećmi- Pani córka/ syn ma niskie poczucie wartości. Proszę nad tym popracować. Słyszą to zazwyczaj od osób trzecich, bowiem dzieciom czy nastolatkom trudno jest nazwać, o co im tak naprawdę chodzi. Najczęściej mówią wtedy- nie czuję się ważny dla moich rodziców. Oni się mną w ogóle nie interesują. Na co rodzice tych dzieci odpowiadają- jak on/ ona może tak mówić? Przecież ma wszystko, czego zapragnie!! Wakacje, o jakich marzy, dodatkowe lekcje, zabawki, gadżety, urodę, kolegów itd., itp.

O co zatem chodzi? O to, że poczucia wartości nie da się kupić. Nie da się go nabyć w żadnym sklepie, za żadne pieniądze. Poczucie wartości to jest to, jak my siebie postrzegamy od środka. Co znaczymy dla siebie, kiedy wyzbędziemy się wszystkiego, co można posiadać. Czyli kim jesteśmy w swojej istocie? Kim jesteśmy jako człowiek? A tę istotę, trzon budujemy przez całe dzieciństwo i przez to jak widzą nas nasi rodzice i czy widzą nas w pełni. Ze wszystkim, co mamy. Także z tym, co być może dla nich bardzo trudne. A trudne zazwyczaj są te emocje, których nie lubimy: np. smutek, rozczarowanie, złość. Dlatego robimy wszystko, żeby się z nimi nie spotkać. I w sobie samym i w kontakcie z dziećmi. Bo to dla nas często zbyt bolesne. Stosujemy milion różnych zabiegów- wszystko po to, by powstrzymać lawinę tych uczuć. Tak- lawinę. Bo jeśli nie pozwalaliśmy dzieciom wyrażać tych emocji od samego początku, to nazbierała się ich cała lawina. Która uwolniona może być przerażająca. Ale może też być oczyszczająca. Jak lód, który się topi. I jak śnieg, który spływa z góry i czyści.

Dlatego to, co można zrobić najlepszego dla swoich dzieci, to pozwolić im przeżywać wszystkie emocje i dostrzegać to, co przeżywają. Wtedy pomagamy naszemu dziecku zobaczyć siebie w pełni. Z całym dobrodziejstwem inwentarza, którym zostało obdarzone. To wtedy dociera ono do swojej istoty i może właśnie wzmacniać swoje, jakże kruche w dzieciństwie, poczucie wartości.

Dla wytrwałych, którzy dobrnęli do końca tego artykułu mam jeszcze bonus w postaci krótkiej domowej historyjki, która skłoniła mnie do napisania tego wpisu.

Wieczór, pora spania i trudne chwile dla Jasia. Wszystko jest nie tak. To, że bawiłam się z siostrą, jak jego nie było (wyszedł z tatą dobrowolnie). To, że u babci było nie tak. To, że do obiadu był kiszony ogórek:) To, że jak bawiliśmy się popołudniu, to nie tak jak trzeba poukładałam auta. To są tego typu problemy, które wyraźnie mówią- pora odpocząć. Przyjmuję wszystkie argumenty na klatę i nie dyskutuję z nimi. Nauczyłam się już tego, że to nie jest dobry moment na tłumaczenie, przekonywanie czy jakiekolwiek inne rozumowe postępowanie. To jest moment na to, żeby być i dać emocjom płynąć. Zwłaszcza wieczorem, kiedy może puścić całe napięcie. Młodszej siostrze dość często zdarza się, że chce wieczorem popłakać. Jasiowi rzadziej, dziś jest ten dzień. I ponieważ wiem, że to dobra metoda odstresowania się, zrzucenia napięcia, wyładowania trudnych emocji- które ja mogę skanalizować- bo nie dotykają mnie w żaden sposób, to spokojnie pozwalam im płynąć. Jednak kiedy słyszę, że bawiłam się za krótko, bo poszłam do kuchni robić kopytka, to uśmiecham się pod nosem. Jakoś mnie to rozbawia. Ta Jasia złość i te kopytka obok:) Rozżalonemu, ale wciąż bystremu obserwatorowi mój uśmiech bardzo się nie podoba. Dopiero teraz wpada w szał. I wrzeszczy, że mam się z niego nie śmiać.

I to jest właśnie sedno poczucia wartości u dzieci. Nikt z nas nie lubi, kiedy inni się z niego śmieją. A już na pewno nie wtedy, kiedy przeżywamy coś trudnego. Tylko my zazwyczaj nie mamy odwagi tak głośno upominać się o traktowanie siebie z szacunkiem. Oczywiście, nie lubimy ludzi, którzy w nasze poczucie wartości jakoś godzą. Ale zazwyczaj nie mamy odwagi powiedzieć im ostro i wyraźnie „przestań”. Dzieci tę odwagę mają. Tak długo, jak długo nie nauczymy ich, że to niestosowne– bo przecież na mamę/ tatę nie wolno krzyczeć. Jak przestaną krzyczeć, to stłumią swoją złość w sobie i wyrosną na dorosłych, o których pisałam wyżej. Takich, u których niby wszystko w porządku. Niby. Bo nawet jak jest wszystko, to i tak okazuje się, że czegoś brak.

Dlatego pozwalam krzyczeć dzieciom, choć staram się też uczyć je, jak sobie radzić z trudnymi emocjami. Ale to drugie jest zawsze na drugim miejscu. Na pierwszym jest przestrzeń na wyrażenie tego, co trudne. Moje dzieci nauczyły się tylu różnych życiowych umiejętności, że jestem przekonana, że nabędą również umiejętność panowania nad własnymi emocjami. Pod jednym warunkiem- że ja nabędę ją pierwsza:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *