Postraszysz czy pomożesz?

Kawiarnia, jestem z przyjaciółką, jej dziećmi i moim dziećmi na lodach. Wcześniej zaliczyliśmy Kinderplanetę, dzieciaki wciąż jeszcze są rozemocjonowane zabawą. W kawiarni zjadają lody i zaczynają biegać wokół stolików. Na to ani ja, ani moja przyjaciółka nie mamy zgody- szanując nie tylko potrzebę nieustającego ruchu naszych dzieci, ale również potrzeby innych gości lokalu, którym mogą przeszkadzać biegające wokół ich stolika dzieciaki.

Upominamy chłopaków. Pomaga na chwilę. Po chwili znów roześmiani ganiają. Kolejne upomnienie- już nieco poważniejszym tonem- przynosi ten sam efekt. Sadzamy chłopaków przy stoliku, co spotyka się z protestem. Mój syn ma zawsze ogromny problem (niezgodę) wtedy, kiedy chcę go przytrzymać tak fizycznie- żeby się nie ruszał. To jest dla niego największa kara, i też zarazem coś, co w jakiś dojmujący sposób wpływa na jego poczucie godności- to, że nie może sam decydować o swoim ciele- czy wstanie, czy nie. Trzymam go stanowczo, ale tak życzliwie, uważam, żeby nie zrobić mu krzywdy. To go jednak nakręca jeszcze bardziej- zamiast uspokoić. Krzyczy, że mam go puścić, że już nie będzie biegał. Ale ja jestem nieustępliwa. Dwie próby zawiodły moje zaufane. W sumie to wiedziałam też, że tak jest, ale w tym momencie zapomniałam, jak na niego działa ta metoda. Nie wpadłam też na to, żeby choć spróbować wytłumaczyć, porozmawiać. Ma przestać biegać i tyle w temacie:) Zależało mi na tym, żeby nie biegał, ale widziałam, że trudno mu nad sobą zapanować, dlatego uznałam, że tak mu pomogę. Decyduję też, że Jaś potrzebuje chwilę ochłonąć, dlatego odchodzę z nim (zabierając go na rękach) do stolika dalej, ale to nie pomaga. Wychodzę z nim z kawiarni na chwilę. A właściwie to go wynoszę- krzyczącego, wierzgającego nogami. Mam w sobie z jednej strony dużo spokoju. Wiem, że on potrzebuje ochłonąć, a ja jestem mu potrzebna, żeby mógł to zrobić. Jesteśmy w galerii handlowej, więc wychodzimy na duży hol, gdzie siedzą inni ludzi. Wielu z nich przygląda nam się i jakoś nie czuję w tym wzroku życzliwości. Ale nauczyłam się radzić sobie z tym. Moje dziecko, moja trudna sytuacja, moja sprawa. A jeśli w tym momencie zbierze Ci się na pouczanie mnie, to wiedz, że mogę być bardzo nieprzyjemna. Mój zapas cierpliwości jest teraz przekierowany tylko na to, żeby przeczekać burzę, którą wzniecił mój syn. Wyrozumiałości dla Ciebie (że przecież masz dobre intencje:) może już nie starczyć. Moja cierpliwość miesza się jednak z niecierpliwością- mam ogromną ochotę wrócić do stolika jak najszybciej i kontynuować spotkanie. W akcie desperacji- żeby szybciej uciszyć Jasia- rzucam jakże wyświechtane- „jak się zaraz nie uspokoisz, to będę musiała zaprowadzić Cię do auta”. Trochę jakby pomaga. Tzn. emocje Jasia zaczynają powoli opadać. Wracamy do kawiarni i reszta wieczoru przebiega w zasadzie bezproblemowo.

Wieczorem już na chłodno rozmawiamy o tej scenie. Chcę, żeby Jaś wiedział, że panowanie nad nim należy tylko do niego, do nikogo innego. I choć to trudna sztuka i nie oczekuję, że nabędzie ją w wieku 5 lat, to jednak chcę go w takich sytuacjach oswajać z myślą, że nikt inny za niego nie zrobi tego, co on ma do zrobienia:) Jaś cały czas powtarza, że biegał, bo kolega go namawiał. No tak, czasem ciężka sprawa oprzeć się namowom kolegi, a tak naprawdę to namawiali się chyba wzajemnie. Ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze dla mnie jest, kiedy moje dziecko mówi: „Mamo, ale ja się bałem, kiedy Ty powiedziałaś, że zaprowadzisz mnie do auta. Ty nie mówiłaś tak naprawdę, tak?”. I co mam mu powiedzieć? Mówię, że tak powiedziałam, bo byłam już też zdenerwowana tą sytuacją i czułam się trochę bezsilna, bo zależało mi, żeby się uspokoił. Ale że nigdy nie zostawiłabym go samego w aucie. Słyszę więc, że kłamałam, a tak nie wolno. No i co? No i wpadłam we własną pułapkę…:)

Oczywiście, że żałuje tego straszaka w postaci samochodu. Do takich manipulacji sięgnąć łatwo i łatwo dzięki nim „wychować” dziecko. Strach to potężne narzędzie, zwłaszcza w rękach tych silniejszych, czyli także rodziców. Jednak jak często jest to narzędzie, które właśnie służy nam pozorną pomocą w wychowaniu? Sięgamy po nie często z bezsilności. Dużo zdrowiej i bezpieczniej sięgnąć po własną asertywność, która pomaga budować relacje, a nie je niszczyć.

Czego zabrakło w tej sytuacji- zabrakło przede wszystkim mojej empatii wobec Jaśka– takiej, która pozwala drugiej stronie na wyrażenie uczuć bez chęci zmieniania ich i wpływania na nie. Moim celem było uspokoić Jaśka. I to nawet nie tyle dla niego samego, co bardziej dla mnie samej- chciałam dopić swoją kawę i poplotkować. Ani razu w tej sytuacji nie przeszło mi przez myśl, żeby zauważyć faktyczne emocje mojego dziecka (które najpierw było rozbawione i podekscytowane, a zaraz potem rozsierdzone moim zakazem). Zawsze kiedy ja robię mur- czyli jestem przy tym jak chcę, żeby było, a nie jak jest naprawdę, natrafiam na opór ze strony dzieci. Kiedy jestem w stanie zapomnieć na chwilę o sobie i być z nimi naprawdę- takie burze czy wszelkie inne trudne sytuacje mijają dużo szybciej. Jednak taka empatia, o jakiej piszę (która dla mnie jest prawdziwą empatią) jest dość trudna w praktyce. Bo jak tu być obecnym z dzieckiem, które wierzga, krzyczy i nic do niego nie dociera, gdy Twoje myśli są jeszcze (albo już z powrotem) przy ciekawej rozmowie z przyjaciółką?

Mi się tym razem nie udało. Ale czy to znaczy, że jutro też mi się nie uda? Albo że jestem złą matką, dlatego, że zastosowałam szantaż? Że powinnam była bardziej wczuć się w sytuację mojego dziecka? Będą tacy, którzy powiedzą, że mogłam pozwolić biegać, skoro nikt się nie skarżył. Będą tacy, którzy powiedzą, że dziecię nie zna granic, skoro nie słucha. Będą tacy, którzy od 5-latka będą oczekiwać większej dojrzałości w zarządzaniu emocjami. Każdy może mieć swoje zdanie. Ja wiem tylko, że rodzicielstwo to jest cholernie trudne zadanie, i jak wszędzie- raz nam idzie lepiej, raz gorzej. Ważne, żeby nie tracić z oczu celu który mamy. Dla mnie to jest wychowanie świadomych siebie i pełnych poczucia własnej wartości dzieci. I wiem, że takie błędy nie wpłyną znacząco na całokształt, bo są naprawdę tylko drobnymi potknięciami, a nie codziennymi praktykami.

Kiedy masz dziecko świadome swoich praw, świadome tego kim jest i że jego poczucie godności w każdej sytuacji ma ogromne znaczenie, to nie dasz rady wychować takiego dziecka- albo zbudować z nim relacji (jak pisze Jesper Juul w książce „Zamiast wychowania”) bez zdrowej asertywności. Twoje dziecko będzie doskonale czuło, kiedy jego godność jest naruszona i jeśli nie boi się przy Tobie wyrażać swoich emocji, to będzie bardzo wyraźnie domagało się poszanowania z Twojej strony. A Ty nie będziesz miał do czego się uciec- bo na takie dziecko nie podziała ani nagroda, ani kara, ani czasami prośba, a już na pewno nie groźba. Na takie dziecko zadziała tylko jedno- Twoje przewodzenie. To, że Ty poczujesz się „dobrym szefem” w tej parze i będziesz potrafił brać sprawy w swoje ręce, kiedy sytuacja będzie przerastać Twoje dziecko. I choć zdarzy się milion sytuacji, w których Twoje dziecko zaskoczy Cię swoją dojrzałością, współpracą, umiejętnością radzenia sobie z emocjami, mądrze wykorzysta zaufanie, którym je obdarzyłeś- to zdarzy się też ta milion pierwsza sytuacja, w której Twoje dziecko bez Twojej pomocy sobie nie poradzi. A Ty masz dwa wyjścia- albo być na nie złym za to, że nie posłuchało, że nie wiedziało, że zawiodło, że uciekło, krzyczało, popchnęło, kopnęło, potłukło itp. Albo możesz mu zwyczajnie, życzliwie pomóc- tak, jak pomógłbyś w tej sytuacji najlepszemu przyjacielowi, który jest w tarapatach.

2 Comments on “Postraszysz czy pomożesz?

  1. Dziękuję za to… świadectwo normalności 🙂 Czytuję wiele blogów o rodzicielstwie, najchętniej te mające coś wspólnego z rodzicielstwem bliskości, NVC itp. A często im więcej czytam, tym gorzej czuję się w swojej matczynej skórze. Wiadomo, że każdy lubi pokazywać się z jak najlepszej strony. Nie dziwi mnje więc specjalnie, że w blogosferze królują zdjęcia wykadrowane na porządek i opisy dnia codziennego „wykadrowane” na doskonałość. Przygnębiają mnie wpisy o kiepskim dniu blogera, który wygląda raczej jak mój dobry dzień, lub słabości tegoż przy której moja słabość to Rów Mariański. Dlatego tak mnie podnoszą na duchu takie szczere wpisy jak ten – bez „fotoszopa”. Dają nadzieję, że nie jestem sama, że „najlepszym się zdarza” i że w takim razie nic straconego, mnje też stacja zmianę na lepsze 🙂

    • Dziękuję za Twój komplement. To mnie podnosi na duchu i sprawia, że nabieram więcej odwagi, żeby pisać nie tylko o tym, co już dla mnie łatwe, ale też o tym, co nie zawsze wychodzi. Idealny rodzic nie istnieje (no chyba że w wykadrowanej na ideał blogosferze:-).
      Spotykam się z opiniami, że kreując swoją markę (przywództwo w jakiejś dziedzinie) nie należy absolutnie mówić o swoich porażkach. Bo to osłabia nasz autorytet. A ja myślę przeciwnie- to właśnie te porażki, czynią nas ludzkimi:-) Wszystkiego dobrego!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *