Czy można się złościć na mamę?

DSCF6882

On jest zły. A ja mu mówię- bądź miły dla kolegi.

Scena z osiedlowego placu zabaw. Spotyka się kilkoro dzieci. Jaś bawi się z chłopcami. Dwóch z nich zna dość dobrze, trzeciego „z widzenia”. Chłopiec numer trzy ma paczkę chrupków. Częstuje chłopaków, dwóm pierwszym kolegom, tak ich nazwijmy, podsuwa paczkę, żeby się poczęstowali. Robi to chętnie. Jasiowi pozwala wziąć jednego chrupka. Przy drugim rozdaniu to samo, w zasadzie to już nie chce Jasia poczęstować, ale Jasio się upomina, że nie dostał. Niechętnie, ale chłopiec pozwala mu wziąć chrupka z paczki, po czym się denerwuje, bo Jaś wziął dwa zamiast jednego. Wkraczam, żeby trochę załagodzić i proszę Jasia, żeby podzielił się z Zuzią swoją zdobyczą. Po jakimś czasie na placu zabaw zostajemy tylko z chłopcem z chrupkami, jego mamą i młodszym bratem. Walka o chrupki nie ustaje, więc paczkę przejmuje mama, która częstuje Jasia. Ten jednak odmawia- już nie ma ochoty. Choć tak naprawdę to chyba ma ochotę, ale męska duma każe mu powiedzieć inaczej. Temat chrupków cichnie, ja rozmawiam z mamą, Jaś po chwili przybiega z pytaniem czy mu takie chrupy kupię, najlepiej od razu dwie paczki. Przytakuję trochę na odczepne, poza tym zachęcona wcześniej przez mamę, że te chrupki są z płatków owsianych myślę sobie, że mogą być (wyrzuty sumienia omamione:). Wracamy do domu, temat chrupków wraca razem z nami. Wstępujemy do sklepu. Chrupki kupujemy. Na tym jednak nie koniec. W domu temat się nie kończy. Jaś zdenerwowanym głosem mówi, że jak tego chłopca następnym razem spotka, to go nie poczęstuje. Poczęstuje kolegę numer jeden i numer dwa, ale tego nie. W pierwszym odruchu próbuję mu pokazać, że są różne sposoby na reakcję w takiej sytuację. Mówię, że widzę, że jest zły. Sprawdzam jak się czuł, kiedy chłopiec nie chciał go częstować i tłumaczę, że może jak następnym razem on tego chłopca poczęstuje, to ten chłopiec zobaczy, że fajnie jest częstować innych i nauczy się tego od niego. Mój argument jest za słaby. Jaś jest wyraźnie rozczarowany tym, że poczuł się wykluczony z grupy przez to, że nie był częstowany tak swobodnie jak pozostali chłopcy. Dalej powtarza ze złością, że on tego chłopca nie poczęstuje. Dopiero po chwili dociera do mnie, że próbując ukoić jego złość i pokazać mu inne rozwiązania, odwracam też jego uwagę od tej złości. Namawiam go do tego, żeby czuł się inaczej niż się naprawdę czuje. On jest zły. A ja mu mówię- bądź miły dla kolegi. Czy to ma sens? Babcie i ciocie wykrzykną- a jak inaczej chcesz go nauczyć, że trzeba się dzielić? No ale czy faktycznie trzeba się dzielić? Zawsze? Wszystkim? Powoli czuję, że ustępuję ze swoją wizją i pozwalam Jaśkowi być takim, jaki chce, czyli w tym momencie złym.

Ustępuję powoli, bo jednak nie dając całkiem za wygraną, czyli nie pozwalając mu w pełni na wyrażenie tego, co on chce wyrazić, przypominam mu sytuację, kiedy byli u nas goście. Jaś znalazł gdzieś w pokoju tic-taci. Miętowe. Nie lubi takich. Biegał z nimi uradowany, że gdzieś je spod ziemi wytrzasnął. Jeden z gości- jeden z dwóch jego kolegów- chciał tic-taca. Jaś nie chciał się podzielić. Ja miałam ochotę napić się w spokoju kawy z mamą chłopców. Chciałam też zadbać o to, żeby nasi goście dobrze się czuli. Nie wyszło mi;-) Kazałam Jasiowi podzielić się tic-tacami, a kiedy nie chciał i ze śmiechem mi uciekał, złapałam go, wyrwałam mu tic-taci z ręki i poczęstowałam gościa. Wydawało mi się, że robię wszystkim dobrze, zwłaszcza, że miałam wrażenie, że Jaś droczy się dla zabawy, ponieważ uciekając śmiał się w najlepsze. Przestał się śmiać, kiedy tic-taci znalazły się w mojej ręce, a po chwili wpadł w furię. Dostał histerii w jakiej już dawno go nie widziałam. Histerii, która zdała się nie mieć końca. Goście nas opuścili. Jaś nie przestawał ryczeć i krzyczeć i trwało z dobre pół godziny nim się uspokoił. Co go tak rozdrażniło? To, że mu tic-taci wyrwałam. A przecież nie wolno nikomu nic wyrywać z ręki. Ja, która tę zasadę wprowadziłam, sama ją złamałam. On się tej zasady trzyma. Nie wyrywa. A ja się zapomniałam i wyrwałam. Tym samym w jego oczach ległam w gruzach. Ukochana mama, która jest przecież idealna, robi coś tak strasznego? On nie mógł pojąć, jak ja mogłam. Jeszcze przez długi czas powtarzał mi, że był zły z tego powodu, że wyrwałam mu te tic-taci z ręki. Wyrwałam jest tu słowem kluczowym.

Wracamy do dzisiaj, czyli do chrupków. Korzystając z okazji , że to dziś Jasiowi przykro, że nie został poczęstowany z serdecznością, przypominam mu, że jakiś czas temu on też nie miał ochoty poczęstować kolegi tic-tacami. Próbuję mu wskazać analogię i wzbudzić w nim empatię (a raczej w tym wypadku nie empatię tylko wyrzuty sumienia) i pytam jak myśli, jak czuł się D., kiedy on nie chciał go poczęstować tic-tacami. Przywołując tę scenę, przywołuję też najmocniejsze wspomnienie Jasia z niej- „Byłem na Ciebie zły, bo wyrwałaś mi te cukierki z ręki”- słyszę. Słyszę też, że wciąż jest na mnie za to zły. Nie mówi tego spokojnym tonem. Wtedy dopiero zaczynam trzeźwieć z mojej chęci tego, żeby go czegoś nauczyć, wychować, wskazać normy itd. Mój syn jest zły. Jest zły na kolegę, który nie chciał go poczęstować chrupkami. Jest zły na mnie, bo złamałam zasadę, którą sama wprowadziłam. Można by rzec, cóż w tym dziwnego? Niby nic. Przecież dzieci złoszczą się na mnie wielokrotnie w ciągu dnia. Za to, że wyłączam bajkę, że nie pozwalam jeść tyle słodyczy, ile by chciały, za to, że nie zawsze mam ochotę bawić się wtedy, kiedy one mają ochotę na wspólną zabawę i za wiele innych sytuacji dnia codziennego. Ileż to już razy słyszałam od Jasia, że mnie nie lubi. Jednak w tej złości jest jakiś inny ładunek. To jest złość pomieszana z rozczarowaniem i nie wiem z czym jeszcze. Odpowiadam mu, że słyszę, że wciąż jest na mnie zły. Na co on topniejąc i zmieniając tym samym ton, mówi „nie chcę być na Ciebie zły, mamo”. „Możesz być na mnie zły”- odpowiadam.

Złościć się na rodzica nie jest sprawą łatwą. Wyrazić tę złość w stronę rodzica jest jeszcze trudniejsze. Znam naprawdę nieliczne osoby, które są w stanie powiedzieć mamie, tacie- jestem na Ciebie zły za to i za to. Nie boją się, że tym samym narażą się rodzicom, stracą z nimi relację, podpadną im, że rodzice się obrażą albo zezłoszczą na nich. Trzeba dobrej i zdrowej relacji, żeby móc sobie pozwolić być złym na swojego rodzica. Tak naprawdę złym. I wiedzieć, co z tą złością zrobić, jak nią pokierować, jak ją przekierować we właściwą stronę. Złość za rzeczy namacalne przychodzi nam łatwiej. Łatwiej ją zidentyfikować i nazwać. Złość z powodu przekroczenia naszych granic, czyli nadszarpnięcia naszej godności jest trudniejsza do uchwycenia. Jest też, w moim odczuciu, trudniejsza do wyrażenia. Co nie znaczy, że jest mniej bolesna. Wręcz przeciwnie. Warto dać przyzwolenie i sobie i dzieciom do jej czucia i wyrażania. Na drugim biegunie złości mieszka bowiem radość:-)